Siedzę w czytelni internetowej Biblioteki Głównej Uniwersytetu Gdańskiego. Kilkanaście komputerów, stalowo szklana konstrukcja dookoła z widokiem na socrealistyczne budynki starszych wydziałów. Do niedawna lubiłem tu chodzić. Grzebać w sieci w atmosferze wspaniałej biblioteki- to dla mnie ciekawe przeżycie. Wmawiam sobie, że jestem niczym mnich, który studiuje stare, niepowtarzalne woluminy, co absolutnie nie jest prawdą, bo przeglądam głównie nowe informacje w cyfrowej postaci, które być może nie będą odczytywalne za kilkadziesiąt, a może już za lat kilka.
Lubiłem tu siedzieć, bo mogłem swobodnie korzystać z przeglądarki Firefox, która w odróżnieniu od Internet Explorera i jego szóstej wersji, pozwalała na łatwe otwieranie informacji w zakładkach (pomijam aspekt ideologiczny- korzystałem z wolnego i nowszego oprogramowania niż IE). Mogłem wchodzić na dowolne strony w sieci, korzystać z komunikatora internetowego w wersji WWW. Ale piękne czasy się skończyły. Obecnie wszystkie komputery umożliwiają przeglądanie sieci tylko przez IE 6, zablokowany został dostęp do wielu witryn i nie ma możliwości podyskutowania z innymi użytkownikami sieci.
Rozumiem administratorów. Po co instalować na komputerach oprogramowanie- jak Firefox, które nie jest zwyczajnym wyposażeniem Windows (użyteczność nie jest przecież najważniejsza). Po co umożliwiać studentom i pracownikom naukowym dostęp do wszystkich witryn w sieci, przecież to administrator- informatyk ma wiedzę, co powinien czytać np. student lub naukowiec- pedagog. Po co wreszcie umożliwiać użytkownikom czytelni (brzmi absurdalnie, ale nie są to już zwykli czytelnicy) korzystanie z komunikatorów, a nóż zaczną rozmawiać na tematy naukowe, nie daj Boże z zagranicznymi badaczami i przesiedzą dzień w czytelni (a mogą pisać zwykłe maile), a administrator, albo pracownik biblioteki nie wypije w tym czasie w spokoju kawy, flirtując z młodą praktykantką.
Możemy sobie rozmawiać o cyfrowym wykluczeniu, o nowych możliwościach sieci, o globalnej komunikacji itp. Możemy mówić o cyfrowych bibliotekach, ale mam wrażenie, że zarówno biblioteki, jak i czytelnie odczytują swoje funkcje z dawno przypisanych im nazw i ograniczają pojęcie tekstu (dawno już rozszerzone na różne teksty kultury) do czarnych literek na białym tle. Czekam tylko, kiedy w czytelni internetowej najnowszej biblioteki w Polsce, nie będzie można przeglądać stron multimedialnych, albo pojawią się przeglądarki tekstowe, dawno zapomniane, a jednak być może wciąż użyteczne w nowoczesnym, europejskim gmachu biblioteki. Wszak czytelnia, to nie kanał rozrywkowy. A biblioteka, jak mówi nazwa, to nie medioteka.
Na marginesie- przypomina mi się opowieść jednego z naukowców, nie pamiętam kogo, który pisał, że wielokrotnie wyrzucano go z pracowni komputerowej, bo strażnik interpretował jego działania- pisanie programów, tworzących rozmaite wizualizacje (chyba)- jako gry komputerowe. I wytłumaczyć sobie niczego nie dał.
O studenckim dostępie do komputerów w instytutach UG nie chce mi się pisać. Powiem tylko tyle, że są pracownie, całymi dniami puste, bo nie ma w nich zajęć, a studenci mają do dyspozycji np. dwa komputery na korytarzu, na których nie można nawet otworzyć pliku z płyt, nie mówiąc już o zapisywaniu…
Jak widać, dopóki kadra zarządzająca nie zrozumie, czym są nowe media, będziemy doświadczać świata konstruowanego w myśl starych przyzwyczajeń, a przynajmniej nowości, którymi chwali się np JM Rektor UG, będą nowościami z nazwy tylko.

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.<!–
–>
Najnowsze komentarze