Przyszłość "Second Life" czy przyszłość "realu"?

16 08 2007
Grzebiąc w starych, ale nieprzeczytanych (więc może jednak nowych) informacjach mojego czytnika rss, natknąłem się na wpis w serwisie Cooperatics, zatytułowany “The future os Second Life or our next collective lobotomy?”. Na dobrą sprawę nie jest to wpis (bo niczego nie wpisano) tylko film. Zachęcam do obejrzenia. Ciekawy jest już sam tytuł nowej informacji z serwisu. A film sugeruje refleksję nad ewentualnym upodobnieniem “Second Life” do świata realnego (przy pozostaniu przy pewnych elementach “kanciatowości”, która prawdopodobnie oddaje “mechaniczność” świata SL) lub nad możliwymi skutkami przeniesienia interakcji społecznych do SL. Czy aby skutkiem tego przeniesienia nie będzie “kanciatość”, mechaniczność i zbędne zapośredniczenie relacji w świecie rzeczywistym?

Można również zadać pytanie, czym jest świat rzeczywisty. Czy to świat pozbawiony urządzeń, dziejący się tu i teraz, który można dotknąć, powąchać i ugryźć, czy też “Second Life” jest również światem tu i teraz, czy (nowe)media nie stają się dosłownie przedłużeniami człowieka? Niedawno zastanawiałem się ponownie nad uzależnieniem od mediów. I śmiało mogę powiedzieć, że zdecydowanie bardziej wolę uzależnienie od internetowych kontaktów i ślęczenie godzinami przed monitorem niż np. wgapianie się w telewizor i zappingowanie. Bo czy to naprawdę duża różnica, czerpać satysfakcję z działalności w sieci internetowej, choćby ze sztucznej (ale czy aby na pewno?) roli w “Second Life” lub wirtualnym państwie, albo satysfakcję z życia w “realu”? Ostatecznie wszystko sprowadza się do odbioru i nadawania informacji. A korzystanie z sieci jest już chyba cywilizacyjną koniecznością, czego np. nie rozumieją czasami członkowie mojej rodziny, twierdząc, że gdy siedzę przed komputerem, to nic nie robię (tu polecam sięgnięcie do “Mieć czy być” Fromma i jego refleksji na temat działania).

Wydaje mi się, że “złapanie nas w sieć” postępuje tak szybko, że nie można już odróżniać świata rzeczywistego i świata sieci. Zmierzamy konsekwentnie do momentu, gdy będziemy posiadać (już posiadamy!) różne tożsamości- pracownika fabryki w dzień, a np. ważnego polityka, wytrawnego dyplomaty i pisarza w wirtualnym państwie po południu, do tego znanego fotografa z flickr lub autora filmów na youtube. Kto wie, może nawet dojdzie do tego, że praca nie będzie miała dla nas większego znaczenia i będzie dla nas ważne tylko to, czy jesteśmy w stanie za zarobione pieniądze rozwijać zainteresowania i czerpać satysfakcję z życia w sieci, bo tworzone wirtualnie relacje i tak prawdopodobnie przekuwają się na “real”. O ile już nie zaczęliśmy żyć z wyszukiwania informacji, tworzenia stron WWW lub z pracy w “Second Life” albo z sieciowych usług.

Obawiam się tylko, że nie wszyscy załapią się na ten informacyjny pociąg do szczęścia i że łatwo może się on wykoleić. Dlatego na wszelki wypadek, działka pod dom na wsi już czeka… (być może ucieczka jest zbyteczna, i myślenie o asekuracyjnej działeczce to myślenie “realowe”, bo mając prosty sprzęt z peryferiów realnego świata mogę się wspiąć na wyżyny świata sieci; być może “real” i “niereal” można opisywać jako zbiory o wspólnej części, a my przeskakujemy pomiędzy “realem”, “wirtualem” i częścią wspólną obu).

Koniec nieskładnych refleksji.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.<!–

–>





Kultura uczestnictwa – w innym kontekście

17 07 2007

Pozostając w temacie kultury 2.0, czy kultury uczestnictwa, tworzonej “przez nas dla nas”, podzielę się informacją o zbliżającym się spotkaniu PR-owców, poświęconym tej tematyce właśnie – Rewolucja w Komunikacji: Seminarium “User Generated Content czy User Generated Crap?”. Tym razem o możliwościach internetu od nieco innej strony, acz wcale nie znaczy, że mniej ciekawej – będzie można posłuchać osób, które na codzień w życiu zawodowym mierzą się z możliwościami internetu, który z resztą jest niejako ich “środowiskiem pracy”.

Zachęcam do udziału i mam nadzieję – do zobaczenia 25 lipca w Warszawie! :-)

PS- dobre wieści są takie, że organizatorzy obiecali po spotkaniu zamieścić w sieci materiały audio, które oczywiście zlinkujemy ;-)





Plastelina, flamastry i prasowanki- czyli po warsztatach o kulturze 2.0

12 07 2007
Mija tydzień od warsztatów “Kultura nowa, kultura otwarta”. Warsztatów, podczas których spotkało się kilkanaście osób zainteresowanych przemianami współczesnej kultury, określanymi przez propagatorów jako kultura 2.0 W jednym miejscu zebrali się medioznawcy, socjologowie, dziennikarze obywatelscy, pedagodzy, historycy, prawnicy, kuratorzy sztuki i studenci. Czy termin kultura 2.0 jest słuszny, nad tym warto się zastanawiać, ale zrobię to przy innej okazji. Na pewno jest to hasło nośne i brzmi rewolucyjnie, oczywiście jeśli ktoś świadom jest przemian. Pokolenie moich rodziców mogłoby mieć z odszyfrowaniem terminu drobny problem.

Dwudniowe spotkanie osób zainteresowanych refleksją, ale i praktyką w zakresie k20 (może to będzie obrazoburcze, ale do niedawna określano moje pokolenie jako JP2, później jako b16 więc mam prawo lubować się w skrótach) uważam za udane. Poruszyliśmy nie tylko problem obszerności terminu kultura 2.0, zwróciliśmy uwagę na narzędzia, ale i na idee, które w parze pozwalają na zmianę świata. W większości skupiliśmy się na nowych możliwościach, m.in. produkcji treści, aktywnego odbioru, kultury uczestnictwa, ale pojawiały się również głosy krytykujące infoanarchistyczne zapędy, a także silne głosy wskazujące na ciemną stronę kultury 2.0 (przemysł porno również korzysta z tagów i technologii zbliżonych do youtube, przykładem może być choćby “polecany” niegdyś w serwisie miasik.net “wortal” pornotube – linkuję dla przykładu, zdecydowanie odradzam wejście).

Nie sposób zreferować wszystkiego, co działo się podczas spotkania. Świetnym pomysłem było skłonienie uczestników do przedstawienia prezentacji na dowolny temat z zakresu k20. Każda była inspirująca i wywoływała żywe dyskusje, które zabierały dużo czasu i przekształciły nieco program spotkania. Ale luźna rama warsztatów była raczej ich zaletą niż wadą. Inspirująca była także praca w grupach, tworzenie schematów k20 i dyskusja. Żaden z przedstawionych modeli kultury 2.0 nie ogarnął całości zjawiska i chyba pozostali uczestnicy się ze mną zgodzą, że modele można tworzyć na wiele sposobów, akcentując konkretne zagadnienie, albo pokusić się o jeden model, który musiałby być przestrzenny i złożony, w dodatku za tydzień mógłby okazać się nieaktualny.


Jedyne czego mi zabrakło, co prawdopodobnie wynika z przedmiotu dyskusji, to próba sprecyzowania k20, znalezienia jej podstaw, np. w konkretnych ideologiach (np. filozofia GNU, kultura komunitariańska, wizje hipertekstu- Busha, Nelsona, Bernersa Lee itd.), dyskusja o wolnej kulturze, która moim zdaniem jest podstawą dla k20, a także zwrócenia uwagi na silną rolę biznesu w rozwijaniu k20. Wynika to częściowo ze specyfiki przemian (rewolucja wolnego oprogramowania również ściśle łączy się z biznesem), ale jest również zagrożeniem dla wolności k20, jeśli głównym celem będzie zysk. Radykalnie, na przykładzie wspomnianego wyżej przemysłu porno, próbowała sygnalizować to Oliwia Piotrowska.

W tej chwili żałuję, że nie robiłem na bieżąco notatek podczas spotkania. Tylko czy wówczas znalazłbym czas na dyskusję? Niecierpliwie czekam na materiał wideo ze spotkania, chętnie raz jeszcze przesłucham wypowiedzi uczestników na temat kultury 2.0 i obejrzę fragmenty prezentacji. Pomysł dokumentowania spotkań jest pierwszorzędny, nie wyobrażam sobie spotkań na temat k20, które nie są dostępne szerszej publiczności. A tak się chyba stało w przypadku konferencji k20 w Warszawie i Wrocławiu, chyba że przegapiłem linki do materiałów.

Najwspanialsze jest dla mnie jednak, że mogłem debatować w gronie ludzi myślących podobnie, ale z różnorodnych perspektyw i że po warsztatach próbujemy tworzyć coś w rodzaju środowiska k20. Czekam na kolejne spotkanie. Pracownia54 już delikatnie myśli o spotkaniu na temat edukacji 2.0, nie ukrywam, że ten wątek był dla mnie jednym z najważniejszych, ale “na kwiaty przyjdzie jeszcze czas” ;)


ps do Alka Tarkowskiego (wiem, to nie list) Przy poprawianiu prasowanki na koszulkę, zamieniłeś prawdopodobnie hasło “CCCP- creative commons copyleft people” na “creative commons copyright people”, co mocno zmienia sens, a jednocześnie dalej skłania mnie do wniosku, że CC jest tylko nakładką na obecną sytuację i równolegle do rozwijania nakładki trzeba rozwijać alternatywne pomysły na prawo autorskie. Ale to taka mała dygresja…

więcej zdjęć

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.<!–

–>





mikronacje- państwa których nie ma?

24 05 2007
Zachęcam do obejrzenia krótkiego reportażu na temat wirtualnych państw. Nie, nie chodzi o second life czy inne podobne przedsięwzięcia. Wirtualne państwa są niekomercyjnymi, oddolnie tworzonymi symulacjami państwa. Być może warto analizować je również jako sieciowe gry symulacyjne, ale nie mają spójnych i jasnych reguł działania. Reguły są tworzone nieustannie, jak w realnym świecie- podstawą do ich tworzenia są pomysły mieszkańców, przekuwane w częściowo demokratycznym (demokratycznym lub zupełnie niedemokratycznym- w zależności od państwa) procesie politycznym na prawo, które reguluje większość obszarów działania mieszkańców i obywateli. Sami mieszkańcy mikronacji na sugestię, że grają w grę, często się oburzają, twierdząc, że “aktywność w wirtualnym państwie to coś więcej niż gra”.

W filmie najciekawsze są wypowiedzi mieszkańców wirtualnych państw. Nie do końca zgadzam się z psychologiem, który patrzy na wirtualne państwa pod kątem kompensacji niemożliwych do zrealizowania potrzeb i zwraca uwagę na możliwość uzależnienia od internetu (cóż, większość młodych ludzi w sieci nawiązuje społeczne realacje, uczy się, czasami pracuje i znajduje również rozrywkę więc trudno powiedzieć, czy to już uzależnienie, a może zwyczajna cywilizacyjna konieczność).

Studeci, którym prezentowałem wirtualne państwa, w większości przypadków zapytani, czy chcieliby zamieszkać w wirtualu, odpowiadali: “nie, bo to za bardzo wciąga”. Pewnie mają rację, działanie w dwóch rzeczywistościach równolegle jest trudne (niektórzy mieszkańcy v-państ działają w kilku mikronacjach). Uważam jednak, że wirtualne państwo może być świetnym narzędziem, a raczej środowiskiem edukacyjnym, które adaptuje realne instytucje i organizacje, pozwalając swoim mieszkańcom na aktywne ich przekształcanie, zmuszając do krytycznej oceny, co przekłada się na świadomość, że jakiekolwiek zmiany w tzw. realu są możliwe również jedynie przy aktywnym działaniu i nie ma jednej niepodważalnej wizji państwa. Może więc mieszkańcy polskich mikronacji, a w większości to gimnazjaliści, licealiści i studenci, będą siłą napędową krytycznego osądu rzeczywistości i dyskusji nad kształtem państwa. Wszak na co dzień konstruują swoje utopie współpracując z żywymi ludźmi.

Więcej o edukacyjnych aspektach wirtualnych państw powiem Wam pewnie za lat kilka, kiedy uda mi się skonstruować realną wersję mojej, na razie wirtualnej, pracy doktorskiej :)

Przy okazji zachęcam do odwiedzin Księstwa Sarmacji i jej autonomicznego kraju Mandragoratu Wandystanu, gdzie od miesiąca pełnię funkcję Prezydenta i jestem szefem Rady Komisarzy Ludowych ;)





flash mob(ceting)

14 05 2007
Jeśli powiedziało się A, warto powiedzieć B. Zwłaszcza gdy A to opis wspaniałego widowiska, a B to marna kopia tegoż. “Co się stało się”?- jak zarapowaliby pseudofani Konona- ano stało się w Poznaniu coś, co po części potwierdza moje przypuszczenia o komercjalizacji pewnego zjawiska. Niejasne? Już Was oświecam…

Jakiś czas temu pisałem o flash mobach. Rozwijać hasła nie będę, możecie zajrzeć do poprzedniego wpisu. Kilka dni temu odbył się kolejny błyskawiczny spektakl. Tym razem w Starym Browarze w Poznaniu. Pomysł identyczny jak w Arkadii. Ludzie zaczynają do siebie mierzyć, po czym “strzelają” i “trup” ściele się gęsto na podłodze centrum handlowego. Koncept wydarzenia nie tylko skopiowany toczka w toczkę z Arkadii, gdzie co prawda zaczerpnięto z reklamy, ale również zrealizowany nieudolnie.

Przede wszystkim- czy był to flash mob? Użytkownicy zapewne przyszli zwabieni informacją ze strony WWW, być może z plakatów informacyjnych, esemesów znajomych itp. Zjawili się w wyznaczonym miejscu i odegrali scenkę. I to jest w porządku. ALE! Jak pisze Macias- ludzie grzecznie ustawili się do akcji już kilka minut przed rozpoczęciem. W efekcie zniknął element zaskoczenia, poza tym przez megafony podawano informację, że za kilka minut rozpocznie się happening i młodzi ludzie mogą się dziwnie zachowywać. Do tego Stary Browar podobno- według “megafonisty”- został wybrany jako miejsce odbycia się akcji.

Jak to “został wybrany”? Oczywiście każde z miejsc, gdzie odbywa się flash mob, jest wybierane przez pomysłodawców. Czy to jednak powód do dumy? Być może. W każdym razie Stary Browar podkreśla tym sposobem, że jest miejscem bardziej odpowiednim od innych do tego typu akcji. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby zarządzający centrum opublikowali radosną informację po przedstawieniu, gratulując jednocześnie pomysłodawcom. Informacja pojawia się jeszcze przed spektaklem, przy jednoczesnym ostrzeżeniu, że odbędzie się happening, zatem coś niepoważnego z dziwnie zachowującymi się ludźmi.

Dzięki informacji podanej przez głośniki wiemy, że flash mob odbył się nie tylko za zgodą centrum. Wiemy również, że miał się odbyć show, na który klienci mogli, ale nie musieli, zwrócić uwagę. W efekcie poznański mob przypomina inne wydarzenia, które dzieją się codziennie w handlowych galeriach: “uwaga, na trzecim piętrze już za piętnaście minut przedstawienie dla naszych pociech, teatrzyk “szalona gąska” odegra przedstawienie…” albo “zapraszamy do odwiedzin wystawy kotów rasowych na poziomie trzecim” lub “na parterze mogą posłuchać państwo piosenek zespołu X”.

Wszystko to piękne. Pomijając nieudolność odegrania mobu w Poznaniu, a raczej wchłonięcie go w ramy marketingu, trzeba autorom przyznać pomysłowość. Pomysłowość w zakresie wykorzystania zużytego już pomysłu (absurdalne?). Nieważne, że Arkadia była pierwsza. Jeśli mogli flash mob zrobić amatorzy i z zaskoczenia, to co za problem zrobić z tego show. Zwłaszcza, że amatorzy nie mogą przyczepić się do skopiowania pomysłu, bo nie byli autorami.

I w ten oto sposób oddolne działania uliczne, które ostatnio określiłem mianem sztuki, stają się kolejnym krajobrazem wykorzystanym przez biznes. Mam tylko nadzieję, że mobceting, a może mobketing, będzie szybko przeżuty przez marketingowców. Biznes ma to do siebie, że co przeżuje, to wyrzuca. I szansa w tym, że ludziom znudzi się ustawiane, grzeczne odgrywanie ról. A sami flash mobowcy z prawdziwego zdarzenia zorganizują spektakularne akcje w taki sposób, żeby nie tylko wyróżniały się od papki z centrum handlowego, ale również były niemożliwe do zastosowania w działaniach komercyjnych.

Nieco inną przyszłość komercyjną wróżyłem flash mobom. Stary Browar zastosował strategię crowdsourcingu i wykorzystał energię ludzi, którzy prawdopodobnie nie byli świadomi, że biorą udział w konsumpcyjnym show i reklamie Starego Browaru. Flash moby nie umrą na pewno, w najgorszym razie będziemy mieli wersje pop i wersje -off (tak jak istnieje np. offowe kino), organizowane dalej na zasadach “improwizacyjnej sztuki nowych mediów”, jak kiedyś określiłem błyskawiczny tłum.

Proponuję preczytać komentarze pod wpisem Maciasa- dowiecie się, co o wydarzeniu w Poznaniu sądzą inni internauci.


Creative Commons License

Ten
utwór jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.5 Polska.





jeśli nie możesz ich pokonać, dołącz do nich! (inna odsłona)

13 05 2007

Nowe media wrogiem starych i sprawdzonych – te obawiają się detronizacji i dalszej przyszłości w interaktywnym świecie. Jak podał w tym tygodniu Internet Standard – nowe media jako wróg i zagrożenie są postrzegane przez szefów koncernów medialnych (!), czego wyraz dali podczas 56. Konferencji National Cable & Telecommunications Association. W serwisie czytamy: „…przedstawiciele największych koncernów medialnych, skupiających tradycyjne media tj. radio, prasa i telewizja, był jednoznaczny. Nowe media coraz bardziej zaczynają wypierać stare i należy na nie patrzeć jak na szybko rosnące zagrożenie.”

I tu naprawdę aż sam pod palce się ciśnie tytuł wcześniejszego postu: „jeśli nie możesz ich pokonać – dołącz do nich”. Ależ nie twierdzę, że nie próbują – bo przecież przelała się przez media branżowe dyskusja o nowych stronach internetowych mediów tradycyjnych, że choćby Dziennik.pl wspomnę. I są też odwrotne tendencje, gdy Gazeta.pl staje się nową jakością, odcinającą się niejako od Gazety Wyborczej. Są więc ruchy w tą i w drugą stronę (internetową także).

Ale zastanawiam się trochę szerzej – skoro ludzie mediów, a więc Ci, którzy wydawałoby się mają najszersze kompetencje medialne (zarówno do przyswajania wiedzy i nowości, jak ich tworzenia) stają w opozycji, to czego możemy oczekiwać od innych?

Główne zarzuty pod adresem nowych mediów – to odejście do nich odbiorców mediów tradycyjnych oraz większe możliwości na polu łamania praw autorskich. Czy nie żyjemy w dobie konwergencji mediów i licencji Creative Commons? Przerażać więc może myślenie w XXI wieku kategoriami sprzed kilku stuleci…

Internet Standard pisze: „Tradycyjne media pełne obaw o przyszłość”. A ja zastanawiam się dalej do czego obawy prowadzą… jeśli się boją – będą się bronić, a że najlepszą obroną jest atak, zaraz dostaniemy serię informacji o kolejnych procesach, jak ten wytoczony Google przez Viacom. A wystarczyło by przecież znowu przywołać hasło: „If you can’t beat ‘em, join ‘em”.

Do jakich jeszcze absurdów może dojść podczas takiej rywalizacji? Na naszym, polskim poletku ostatnio telewizja zabawiła się w interaktywność – program Kuby Wojewódzkiego z ubiegłego tygodnia doprowadził nawet do podejrzeń o manipulacje nad „Tańcem z Gwiazdami”.

Kiedy zaraz po programie emitowanym na żywo, w którym zwyciężył Krzysztof Tyniec, Kuba w nagranym wcześniej talk show przywitał w studiu drugiego półfinalistę, Ivana Komarenko, jako przegranego – zaczęto wątpić w autentyzm sytuacji. I co tu dużo nie mówić, mimo, że władze stacji potraktowały sprawę, jako zabawę konwencją programu, dość ryzykowne to posunięcie, bo utwierdzić tylko mogło w staropolskim przekonaniu, że telewizja kłamie.

Jak czytamy na Mediarun.pl: „Pomysł nagrania dwóch wersji programu został zaakceptowany przez szefostwo TVN. – Uważałem, że to bardzo fajny pomysł. Naszych widzów nie interesuje, czy program jest na żywo, czy nie. Widzowie chcą, żeby było prawdziwie – wyjaśnia Edward Miszczak, dyrektor programowy stacji.” Jak bardzo prawdziwie to było zadecydują widzowie. Mi nasuwa się tylko konkluzja, że w tym szalonym wyścigu po odbiorców i wyniki oglądalności warto pamiętać też o własnych ograniczeniach – bo wbrew pozorom media również je mają.

Jako background proponuje fakt, iż tymczasem to internet ciągle wygrywa w rankingach wiarygodności mediów. A w czasach, gdy telewizja dopiero wchodziła pod strzechy, krążył dowcip, w którym na stwierdzenie, że telewizja niedługo zastąpi gazety padała odpowiedź: „Nie sądzę, jeszcze nikt nie zabił telewizorem komara…” Pół żartem, pół serio – w tym właśnie jest klucz, aby szukać nowych rozwiązań, czego nie da się osiągnąć widząc w szansie zagrożenie, a możliwościach – wroga.





jeśli nie możesz ich pokonać, dołącz do nich!

11 05 2007
“If you can’t beat ‘em, join ‘em”- mnie ta fraza kojarzyła się do tej pory z piosenką zespołu Queen, chociaż jest też receptą na przetrwanie, kiedy jakaś większość na nas zbyt stanowczo napiera i wyzbycie się starych przyzwyczajeń ratuje życie.

Czy jednak powyższe zdanie może być strategią działania dla szkoły? Jak najbardziej! Dobitnie pokazuje to film, z którego możecie się dowiedzieć, dlaczego uczniowie nie lubią szkoły. Czy nie lubią się uczyć? Skąd, po prostu metody kształcenia zostały na poziomie Herbarta. A w świecie kolaboracji, wymiany informacji i współtworzenia w sieci, w tym współkreowania sieciowych światów gier, “metody Romana”- jak zapewne nazwałby je piszący również o filmie Edwin Bendyk- “wyłożenie lekcji” przez ucznia, to jak uczenie nowoczesnej architektury w oparciu o jaskinie i lepianki. Jednak nie do końca zgadzam się z redaktorem Bendykiem. Problem nie polega już tylko na tym, że:

“(…)w Polsce edukacja wpadła w łapy ludzi, którzy zupełnie tej zmiany nie rozumieją, promują oparte na fundamentalistycznym wykładzie wiary i pseudonauce nieuctwo (myślę o skandalu z darwinizmem) i próbują zatrzymać i tak już bardzo spowolniony proces komunikacji naszego systemu edukacyjnego z rzeczywistością”.

Problem jest o wiele poważniejszy i wynika z nieświadomości samych nauczycieli, w tym w dużej mierze nauczycieli akademickich. Mam przyjemność prowadzić zajęcia z zakresu obsługi oprogramowania i projektowania stron internetowych, w ramach studiów podyplomowych informatyki. Ukończenie tych studiów pozwala nauczycielom na prowadzenie zajęć do poziomu gimnazjum włącznie. Ale jakie było moje zdziwienie, kiedy musiałem praktykujących nauczycieli przez pierwszych kilka godzin zajęć uczyć obsługi poczty elektronicznej, a przy zakładaniu blogów (w jednym z polskich serwisów), poprosili mnie o algorytm zakładania strony internetowej. Tak, jakby miał istnieć jeden przepis zakładania bloga, strony i w ogóle funkcjonowania w sieci i uczenia informatyki gimnazjalistów.

Problem polskiej edukacji polega właśnie na tym: kiepsko wykształcona kadra nie potrafi uczyć młodych ludzi. Jest gorzej- jeśli sami nauczyciele informatyki nie potrafią swobodnie posługiwać się typowymi narzędziami sieciowymi, to co dopiero marzyć, by wszyscy nauczyciele korzystali z nowych technologii, pozwalających uczniom współpracować, tak jak przywykli do tego w świecie komputerowych gier i komunikowania w internecie. Uczniowie przychodzą do szkoły jak do muzeum, muzeum, w którym muszą odgrywać przez 12 lat edukacji tę samą rolę. Na dodatek niebawem w tych samych strojach. Nie lepiej jest na wyższych uczelniach, gdzie co prawda wprowadza się coraz częściej na zajęcia rzutniki multimedialne i laptopy podłączone do sieci, ale nawet same zajęcia związane z wykorzystaniem komputerów w edukacji kończą się czasem prezentacją “multimedialną” (a tak naprawdę linearnym ciągiem identycznych slajdów). Podczas gdy studenci publikują blogi, pracują nad zaliczeniami na wiki i filmują zajęcia telefonami komórkowymi.

W tej sytuacji, co uważam za skandaliczne, nie dziwią mnie wykładowcy z wieloletnim stażem, którzy nie potrafią wydrukować strony tekstu, a o edycję dwóch zdań w pliku tekstowym proszą własnych studentów.

Kiedy nadejdą zmiany? tak jak bywało dawniej- kiedy odejdzie stara kadra. Być może młodsi nauczyciele będą stopniowo motorem zmiany. A jeśli tak się nie stanie, edukacja oddolna (która już dzieje się w internecie i podobno ponad 50% wiedzy młodzi ludzie zdobywają już podczas aktywności w sieci) stanie się edukacją alternatywną. Będzie edukacją właściwą, funkcjonującą w podziemu, w opozycji do muzealnej edukacji, którą serwuje się uczniom w polskich szkołach.

Zastanawiam się, czy za kilka lat, biedne dzieci z krajów “trzeciego świata”, wyposażone w laptopy Nicholasa Negroponte, nie będą sprytniejsze, mądrzejsze i z większą szansą na życiowy sukces w stosunku do polskich dzieciaków, które niejednokrotnie uczą się np. informatyki, tworząc katalogi w DOSie, zapisując komendy w zeszytach w kratkę, albo żmudnie przepisując do zeszytów słowa “lekcja” i “temat” zapisane przez nauczyciela kredą na tablicy.


Creative Commons License

Ten
utwór jest dostępny na
licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.5 Polska.





nowa biblioteka i stare przyzwyczajenia

14 04 2007

Siedzę w czytelni internetowej Biblioteki Głównej Uniwersytetu Gdańskiego. Kilkanaście komputerów, stalowo szklana konstrukcja dookoła z widokiem na socrealistyczne budynki starszych wydziałów. Do niedawna lubiłem tu chodzić. Grzebać w sieci w atmosferze wspaniałej biblioteki- to dla mnie ciekawe przeżycie. Wmawiam sobie, że jestem niczym mnich, który studiuje stare, niepowtarzalne woluminy, co absolutnie nie jest prawdą, bo przeglądam głównie nowe informacje w cyfrowej postaci, które być może nie będą odczytywalne za kilkadziesiąt, a może już za lat kilka.

Lubiłem tu siedzieć, bo mogłem swobodnie korzystać z przeglądarki Firefox, która w odróżnieniu od Internet Explorera i jego szóstej wersji, pozwalała na łatwe otwieranie informacji w zakładkach (pomijam aspekt ideologiczny- korzystałem z wolnego i nowszego oprogramowania niż IE). Mogłem wchodzić na dowolne strony w sieci, korzystać z komunikatora internetowego w wersji WWW. Ale piękne czasy się skończyły. Obecnie wszystkie komputery umożliwiają przeglądanie sieci tylko przez IE 6, zablokowany został dostęp do wielu witryn i nie ma możliwości podyskutowania z innymi użytkownikami sieci.

Rozumiem administratorów. Po co instalować na komputerach oprogramowanie- jak Firefox, które nie jest zwyczajnym wyposażeniem Windows (użyteczność nie jest przecież najważniejsza). Po co umożliwiać studentom i pracownikom naukowym dostęp do wszystkich witryn w sieci, przecież to administrator- informatyk ma wiedzę, co powinien czytać np. student lub naukowiec- pedagog. Po co wreszcie umożliwiać użytkownikom czytelni (brzmi absurdalnie, ale nie są to już zwykli czytelnicy) korzystanie z komunikatorów, a nóż zaczną rozmawiać na tematy naukowe, nie daj Boże z zagranicznymi badaczami i przesiedzą dzień w czytelni (a mogą pisać zwykłe maile), a administrator, albo pracownik biblioteki nie wypije w tym czasie w spokoju kawy, flirtując z młodą praktykantką.

Możemy sobie rozmawiać o cyfrowym wykluczeniu, o nowych możliwościach sieci, o globalnej komunikacji itp. Możemy mówić o cyfrowych bibliotekach, ale mam wrażenie, że zarówno biblioteki, jak i czytelnie odczytują swoje funkcje z dawno przypisanych im nazw i ograniczają pojęcie tekstu (dawno już rozszerzone na różne teksty kultury) do czarnych literek na białym tle. Czekam tylko, kiedy w czytelni internetowej najnowszej biblioteki w Polsce, nie będzie można przeglądać stron multimedialnych, albo pojawią się przeglądarki tekstowe, dawno zapomniane, a jednak być może wciąż użyteczne w nowoczesnym, europejskim gmachu biblioteki. Wszak czytelnia, to nie kanał rozrywkowy. A biblioteka, jak mówi nazwa, to nie medioteka.

Na marginesie- przypomina mi się opowieść jednego z naukowców, nie pamiętam kogo, który pisał, że wielokrotnie wyrzucano go z pracowni komputerowej, bo strażnik interpretował jego działania- pisanie programów, tworzących rozmaite wizualizacje (chyba)- jako gry komputerowe. I wytłumaczyć sobie niczego nie dał.

O studenckim dostępie do komputerów w instytutach UG nie chce mi się pisać. Powiem tylko tyle, że są pracownie, całymi dniami puste, bo nie ma w nich zajęć, a studenci mają do dyspozycji np. dwa komputery na korytarzu, na których nie można nawet otworzyć pliku z płyt, nie mówiąc już o zapisywaniu…

Jak widać, dopóki kadra zarządzająca nie zrozumie, czym są nowe media, będziemy doświadczać świata konstruowanego w myśl starych przyzwyczajeń, a przynajmniej nowości, którymi chwali się np JM Rektor UG, będą nowościami z nazwy tylko.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.<!–

–>





One Laptop Per Child- wideo i …

19 12 2006
Zachęcam do obejrzenia krótkiego filmu, w którym można nie tylko zobaczyć, ale i usłyszeć pomysłodawców i nadzorców projektu One Laptop Per Child, popularnie określanego mianem “laptopa za 100 dolarów” (100$ laptop). Co prawda widziałem film, ale oglądałem go w uniwersyteckiej czytelni internetowej bez dźwięku, zatem polecam nieco na wyrost. Sądzę jednak że “Technology Review” wydawany przez MIT, a przy tej uczelni prowadzony jest również projekt taniego komputera, nie publikuje mało wartościowych informacji.

Myślę, że warto również zajrzeć na stronę domową projektu, który jest przetłumaczony na wiele języków, w tym na polski przez tubylczych zapaleńców, pracujących na wiki (gdzie i mnie zdarzyło się podrzucić kilka pomysłów) nad sprowadzeniem OLPC przez Polski Rząd do RP. Na pewno warto również przeczytać tekst w ostatnim numerze”Technology Review”, poświęcony “komputerowi, który być może uratuje świat (?)”.

Miłego oglądania

Creative Commons License
Wpis dostępny na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 2.5 Poland License.<!–

–>








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.