Nowe media wrogiem starych i sprawdzonych – te obawiają się detronizacji i dalszej przyszłości w interaktywnym świecie. Jak podał w tym tygodniu Internet Standard – nowe media jako wróg i zagrożenie są postrzegane przez szefów koncernów medialnych (!), czego wyraz dali podczas 56. Konferencji National Cable & Telecommunications Association. W serwisie czytamy: „…przedstawiciele największych koncernów medialnych, skupiających tradycyjne media tj. radio, prasa i telewizja, był jednoznaczny. Nowe media coraz bardziej zaczynają wypierać stare i należy na nie patrzeć jak na szybko rosnące zagrożenie.”
I tu naprawdę aż sam pod palce się ciśnie tytuł wcześniejszego postu: „jeśli nie możesz ich pokonać – dołącz do nich”. Ależ nie twierdzę, że nie próbują – bo przecież przelała się przez media branżowe dyskusja o nowych stronach internetowych mediów tradycyjnych, że choćby Dziennik.pl wspomnę. I są też odwrotne tendencje, gdy Gazeta.pl staje się nową jakością, odcinającą się niejako od Gazety Wyborczej. Są więc ruchy w tą i w drugą stronę (internetową także).
Ale zastanawiam się trochę szerzej – skoro ludzie mediów, a więc Ci, którzy wydawałoby się mają najszersze kompetencje medialne (zarówno do przyswajania wiedzy i nowości, jak ich tworzenia) stają w opozycji, to czego możemy oczekiwać od innych?
Główne zarzuty pod adresem nowych mediów – to odejście do nich odbiorców mediów tradycyjnych oraz większe możliwości na polu łamania praw autorskich. Czy nie żyjemy w dobie konwergencji mediów i licencji Creative Commons? Przerażać więc może myślenie w XXI wieku kategoriami sprzed kilku stuleci…
Internet Standard pisze: „Tradycyjne media pełne obaw o przyszłość”. A ja zastanawiam się dalej do czego obawy prowadzą… jeśli się boją – będą się bronić, a że najlepszą obroną jest atak, zaraz dostaniemy serię informacji o kolejnych procesach, jak ten wytoczony Google przez Viacom. A wystarczyło by przecież znowu przywołać hasło: „If you can’t beat ‘em, join ‘em”.
Do jakich jeszcze absurdów może dojść podczas takiej rywalizacji? Na naszym, polskim poletku ostatnio telewizja zabawiła się w interaktywność – program Kuby Wojewódzkiego z ubiegłego tygodnia doprowadził nawet do podejrzeń o manipulacje nad „Tańcem z Gwiazdami”.
Kiedy zaraz po programie emitowanym na żywo, w którym zwyciężył Krzysztof Tyniec, Kuba w nagranym wcześniej talk show przywitał w studiu drugiego półfinalistę, Ivana Komarenko, jako przegranego – zaczęto wątpić w autentyzm sytuacji. I co tu dużo nie mówić, mimo, że władze stacji potraktowały sprawę, jako zabawę konwencją programu, dość ryzykowne to posunięcie, bo utwierdzić tylko mogło w staropolskim przekonaniu, że telewizja kłamie.
Jak czytamy na Mediarun.pl: „Pomysł nagrania dwóch wersji programu został zaakceptowany przez szefostwo TVN. – Uważałem, że to bardzo fajny pomysł. Naszych widzów nie interesuje, czy program jest na żywo, czy nie. Widzowie chcą, żeby było prawdziwie – wyjaśnia Edward Miszczak, dyrektor programowy stacji.” Jak bardzo prawdziwie to było zadecydują widzowie. Mi nasuwa się tylko konkluzja, że w tym szalonym wyścigu po odbiorców i wyniki oglądalności warto pamiętać też o własnych ograniczeniach – bo wbrew pozorom media również je mają.
Jako background proponuje fakt, iż tymczasem to internet ciągle wygrywa w rankingach wiarygodności mediów. A w czasach, gdy telewizja dopiero wchodziła pod strzechy, krążył dowcip, w którym na stwierdzenie, że telewizja niedługo zastąpi gazety padała odpowiedź: „Nie sądzę, jeszcze nikt nie zabił telewizorem komara…” Pół żartem, pół serio – w tym właśnie jest klucz, aby szukać nowych rozwiązań, czego nie da się osiągnąć widząc w szansie zagrożenie, a możliwościach – wroga.
Najnowsze komentarze