Wielki G – nowy Wielki Brat w natarciu

27 08 2007
Oto kilka artykułów na temat Google, które ukazały się w ostatnim czasie:

YouPorn Blocked by Google.de – post na blogu Mashable, o tym jak niemieckie Google postanowiło zadbać o moralność, usuwając z wyników wyszukiwania pornograficzną stornę YouPorn. Google stwierdził, że strona została uznana za nielegalną – z jakich powodów tego już nie podaje.

Google browser rumors surface again – post na CNecie mówiący o tym, że Google szykuje własną przeglądarkę internetową. Autor dowodząc, że wkrótce pojawi się tego rodzaju produkt, skojarzył następujące fakty:
-firma zarezerwowała już domenę gbrowser.com,
- CEO Google’a Eric Schmidt w przeszłości powiedział, że jest możliwe zbudowanie przeglądarki,
- patrząc na portfolio aplikacji, które w chwili obecnej posiada i cały czas rozbudowuje google, stwierdzić można, że stworzenie przeglądarki, która ułatwiłaby ich używanie, jest zasadne.

Google Health na horyzoncieAntyWeb za Blogoscoped pisze o Google Health, serwisie, który wystartuje już wkrótce, a który zbierać będzie informacje dotyczące zdrowia użytkowników, przebiegu ich choroby, zaleceń wydawanych przez lekarzy, itp. Cytując AntyWeb:

Sam serwis będzie oferował przeróżne funkcjonalności. Przykładem chyba najbardziej oczywistym jest szukanie porad lekarskich związanych z naszą chorobą. W naszym profilu w serwisie będziemy mogli zapisywać objawy i postęp naszej choroby. Serwis sam postara się znaleźć najlepsze źródła informacji na temat naszego schorzenia i oczywiście przekaże je nam. Każda aktualizacja naszego dziennika choroby będzie związana z aktualizacją porad i informacji jakie wyszuka dla nas serwis.

I dalej:

W celu podania maksymalnej ilości danych pozwalających dobrać odpowiednie informacje medyczne serwis będzie zbierał wszystkie informacje związane z naszym zdrowiem oraz z historią zdrowia naszej rodziny. W systemie będzie również możliwość budowania bazy z lekarzami, którzy prawdopodobnie również będą mieli dostęp do serwisu.

Oto screeny z Google Earth:



Na koniec parę odnośników do artykułów o staraniach Google czynionych w celu zwiększenia swojej obecności w Chinach. Państwo środka to jak wiadomo rynek, na którym pozycja firmy Brina i Page’a nie jest zbyt mocna:
- Google To Increase Investment In China,
-
Google Takes Stake In Tianya.cn,
-
Google Launches Answers in China,
-
Google Blog Search Semi-Launched in China.

Powiem szczerze, że czytałem te wszystkie artykuły nie tyle z przerażeniem ile z lekkim przestrachem. Hegemon, jakim jest Google, nie ustaje w ciągłych próbach zwiększania swojej dominacji, poprzez zdobywanie rynku na coraz to nowych obszarach. Taka sytuacja oczywiście nie dziwi, bo właśnie po to istnieje każde przedsiębiorstwo mające na celu maksymalizację zysku.

W wypadku Google jednak taką działalność należy monitorować, ponieważ rodzi ona sporo obaw. Ogromna potęga i monopolistyczna pozycja firmy już w tej chwili przekłada się na ogromną władzę. Search Economy, czyli walka o jak najwyższą pozycję w wyszukiwarce, daje monopoliście niewyobrażalną wręcz kontrolę nad firmami. Sam przekonałem się o niej wówczas, gdy pracowałem w pewnej firmie internetowej, która została przez Googla ukarana (dwumiesięczny ban, którego przyczyny pominę). Kara polegała na przesunięciu w wyszukiwarce pozycji serwisu o kilkadziesiąt „stopni” w dół. Nie muszę chyba wyjaśniać dlaczego i w jak drastyczny sposób przyczyniło się to do obniżenia liczby unikalnych użytkowników odwiedzających serwis. Inny przykład, nieco nawet drastyczniejszego działania Google, podaję na początku postu (serwis YouPorn). Znana jest również historia Moncriefa, który założył sklep internetowy, przez jakiś czas znajdujący się bardzo wysoko w wynikach wyszukiwania. Wskutek, tzw. Google Dance (zmiana algorytmów wyszukiwania) Moncriefe niemal zbankrutował. Chociaż Google usuwa lub każe serwisy według ustalonych przez siebie zasad (zwykle za nieetyczne, tzw. czarne SEO [pozycjonowanie serwisów]), to przecież nic nie stoi na przeszkodzie, aby firma je zmieniła. W każdym razie manipulowanie wynikami wyszukiwania i w ten sposób skłanianie użytkowników do działania w sposób, w jaki życzy sobie firma Brina i Page’a, nie jest wcale niemożliwe.

Aby tego było mało, Google „chce” dowiadywać się o użytkownikach jego produktów coraz więcej. Przykładem wspomniane przeze mnie aplikacje (ale również wiele innych) takie jak strona startowa, przeglądarka internetowa, Google Health. Ta specyficzna „inwigilacja” prowadzić może do tego, iż gromadzone będą o użytkownikach dane nie tylko o sieciowej aktywności, ale i zupełnie inne, z innych sfer ludzkiego życia. Tylko od Google zależy, jak owe dane firma wykorzysta.

Jak sądzicie, czy moje obawy i lekki strach są uzasadnione? Czy jednak uwierzyć w hasło Google „Don’t Be Evil”?

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.





Hello world!

27 08 2007

Welcome to WordPress.com. This is your first post. Edit or delete it and start blogging!





W popblogu o „wolnej kulturze”

24 08 2007

W popblogu raport z frontu wojny o „wolną kulturę”





Zapraszam na popbloga

24 08 2007
Właśnie uruchomiłem nowego bloga, którego nazwałem popblogiem. O czym jest – tego dowiecie się w pierwszym, inaugurującym jego działalność poście. Krótko mówiąc, traktował on będzie o popkulturze, kulturze uczestnictwa, Internecie, itp.


Zapraszam zatem do partycypacji, komentowania, polemiki – jednym słowem dodajcie popbloga do waszych czytników feedów i czytajcie!;)






Porno 2.0 – czy rzeczywiście już?

23 08 2007

W poście z 12 lipca GDS zdaje relację z warsztatów “Kultura nowa, kultura otwarta”. „Warsztatów, podczas których spotkało się kilkanaście osób zainteresowanych przemianami współczesnej kultury, określanymi przez propagatorów jako kultura 2.0”.
Grzesiek opisuje przebieg spotkania, wyliczając poruszane kwestie. Wskazuje między innymi, że podczas warsztatów pojawiły się głosy pokazujące ciemną stronę kultury 2.0 – głównie chodzi o przemysł porno, również korzystający z różnorodnych „narzędzi web 2.0”.

Przypomniałem sobie o tym poście i poruszanej w nim kwestii pornografii, kiedy natknąłem się w magazynie Wired na artykuł Reginy Lynn „Web 2.0 Leaves Porn Behind”. Prezentuje on stanowisko odmienne od zrelacjonowanego przez Grześka. Lynn twierdzi, że przemysł porno zawsze stymulował rozwój technologii (wiąże nawet powstanie płyt DVD czy usług video-on-demand właśnie z zapotrzebowaniem na pornografię oglądaną w domowym zaciszu). Co jednak dziwi, przemysł porno zdaje się nie zauważać Web 2.0. Jak pisze Lynn:

Given the interactive nature of sex and the personal nature of porn, you’d think adult sites would be all over Web 2.0. But with a few notable exceptions, they’re not.

Autorka wskazuje dalej na przyczynę braku zainteresowania twórców pornografii nowymi technologiami internetowymi:

For the porn industry, which is at least as paranoid about piracy as the Recording Industry Association of America, allowing open data formats that let users to do with content what they will does not come naturally.

Lynn twierdzi, że brak zainteresowania Web 2.0 to karygodny błąd przemysłu porno. Autorka wskazuje, w jaki sposób i jakie narzędzia Web 2.0 przemysł ten mógłby wykorzystać, aby trafiać w gusta widzów i powiększać swoje zyski.

Kto zatem ma rację – czy Lynn wskazując, że twórcy pornografii jeszcze się na Web 2.0 nie poznali, czy prawdziwe są raczej poglądy wskazujące, że porno to faktycznie problem i „ciemna strona” Web 2.0?

Rzeczywiście istnieją serwisy pornograficzne, które uznać można za Web 2.0. Obok wspomnianego przez Grześka PornoTube, wymienić można również Megarotic, Fantasti.cc, EroShare czy YouPorn (podobnie jak GDS ostrzegam – wchodzić na własną odpowiedzialność!).


Niektóre z tych serwisów wymienia na swoim blogu go2web2 Orli Yakuel, wskazując jednak, że miała spore problemy z ich znalezieniem i w sieci nie natknęła się na zbyt wiele tego typu serwisów. No właśnie – czyż serwisy pornograficzne nowej generacji, nie są póki co kroplą w ogromnym morzu Web 2.0? Chyba właśnie tak. Nie znaczy to oczywiście, że nie zmieni się to w przyszłości, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę , że pornografia w sieci rzeczywiście króluje. Niech świadczy o tym poniżej zamieszczony filmik, w ciekawy sposób ukazujący statystki internetowe dotyczące pornografii.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska.





Kolejna porcja tekstów, smacznego

21 08 2007
W ramach rozliczania z przeszłością, opublikowałem w HIPERbLOGu dwa teksty, które dotąd nie ujrzały światła dziennego:

Elektroniczny o(d)pór edukacyjny przeciwko ograniczaniu kreatywnych możliwości nowych mediów- referat, przygotowany na Ogólnopolską Konferencję Naukową “Kreatywność Oporu w Edukacji” zorganizowaną przez Pomorską Akademię Pedagogiczną w Słupsku. Konferencja odbyła się w dniach 14-15 maja 2006 roku w Ustce.

Informacja chce być wolna. Hakerskie inspiracje dla edukacji w dobie nowych mediów- referat wygłoszony podczas konferencji “Człowiek i Nowe Media III”, która odbyła się w dniach 27-28 marca 2006 roku w Uniwersytecie Gdańskim.

Życzę krytycznej lektury. Z pokorą przyjmę uwagi i wnioski.





"Sieć i kapitalizm"

20 08 2007
W najnowszym, sierpniowym “Le Monde Diplomatique” pojawił się temat globalnej sieci komunikacyjnej. Teksty Armanda Mattelarta “Kto kontroluje słowa” i Pierr’a Levy’ego “Nowy wymiar odpowiedzialności intelektualistów, zostały ometkowane przez redaktorów wspólnym hasłem “sieć i kapitalizm”.

Czy informacja powinna być uważana za produkt? Czy można mówić jednocześnie o potrzebie istnienia dóbr publicznych i informację traktować jako towar? Czy prawo do komunikacji w świecie sieci jest lub będzie powszechne, a może niektórzy wolą zadowolić nas prawem do informacji? Czy możliwe jest istnienie “wielkiej ludzkiej rodziny” opartej na różnorodności i jednoczesnej równości, czy czeka nas tylko ludzkość kształtowana na potrzeby najbogatszych państw świata (grupy G7) i rekinów finansjery? Czy uda się nam naprawdę przejść od pionowej, hierarchicznej komunikacji do komunikacji dla wszystkich? Według Armanda Mattelarta:

“(…) różnorodność, wolność, swobodny dostęp i uczestnictwo znowu znalazły się w centrum uwagi dzięki ruchom społecznym nakierowanym na różnorodność kulturowego i medialnego wyrazu(…)”.

Jak autor kończy powyższe zdanie, dowiecie się z tekstu.

Z kolei Pierre Levy pyta o potrzebę zredefiniowania funkcji intelektualistów w tworzącym się globalnym społeczeństwie wiedzy, które powstaje wraz z “rozwojem aktywności cechującej się wysoką wartością dodaną, rozwojem edukacji wyższej i rozszerzaniem uniwersalnych, interaktywnych sieci komunikacyjnych, stymulowanym przez informatykę i Internet”.

Levy definiuje również “hiperdokument” i “moc przetwarzania kolektywnej pamięci numerycznej” oraz wskazuje na pojawienie się nowego wyzwania, które związane jest z pojawieniem się przeszkód, stojących na drodze do wykorzystania nowych możliwości przez zbiorową inteligencję.

Zachęcam do lektury.





Przyszłość "Second Life" czy przyszłość "realu"?

16 08 2007
Grzebiąc w starych, ale nieprzeczytanych (więc może jednak nowych) informacjach mojego czytnika rss, natknąłem się na wpis w serwisie Cooperatics, zatytułowany “The future os Second Life or our next collective lobotomy?”. Na dobrą sprawę nie jest to wpis (bo niczego nie wpisano) tylko film. Zachęcam do obejrzenia. Ciekawy jest już sam tytuł nowej informacji z serwisu. A film sugeruje refleksję nad ewentualnym upodobnieniem “Second Life” do świata realnego (przy pozostaniu przy pewnych elementach “kanciatowości”, która prawdopodobnie oddaje “mechaniczność” świata SL) lub nad możliwymi skutkami przeniesienia interakcji społecznych do SL. Czy aby skutkiem tego przeniesienia nie będzie “kanciatość”, mechaniczność i zbędne zapośredniczenie relacji w świecie rzeczywistym?

Można również zadać pytanie, czym jest świat rzeczywisty. Czy to świat pozbawiony urządzeń, dziejący się tu i teraz, który można dotknąć, powąchać i ugryźć, czy też “Second Life” jest również światem tu i teraz, czy (nowe)media nie stają się dosłownie przedłużeniami człowieka? Niedawno zastanawiałem się ponownie nad uzależnieniem od mediów. I śmiało mogę powiedzieć, że zdecydowanie bardziej wolę uzależnienie od internetowych kontaktów i ślęczenie godzinami przed monitorem niż np. wgapianie się w telewizor i zappingowanie. Bo czy to naprawdę duża różnica, czerpać satysfakcję z działalności w sieci internetowej, choćby ze sztucznej (ale czy aby na pewno?) roli w “Second Life” lub wirtualnym państwie, albo satysfakcję z życia w “realu”? Ostatecznie wszystko sprowadza się do odbioru i nadawania informacji. A korzystanie z sieci jest już chyba cywilizacyjną koniecznością, czego np. nie rozumieją czasami członkowie mojej rodziny, twierdząc, że gdy siedzę przed komputerem, to nic nie robię (tu polecam sięgnięcie do “Mieć czy być” Fromma i jego refleksji na temat działania).

Wydaje mi się, że “złapanie nas w sieć” postępuje tak szybko, że nie można już odróżniać świata rzeczywistego i świata sieci. Zmierzamy konsekwentnie do momentu, gdy będziemy posiadać (już posiadamy!) różne tożsamości- pracownika fabryki w dzień, a np. ważnego polityka, wytrawnego dyplomaty i pisarza w wirtualnym państwie po południu, do tego znanego fotografa z flickr lub autora filmów na youtube. Kto wie, może nawet dojdzie do tego, że praca nie będzie miała dla nas większego znaczenia i będzie dla nas ważne tylko to, czy jesteśmy w stanie za zarobione pieniądze rozwijać zainteresowania i czerpać satysfakcję z życia w sieci, bo tworzone wirtualnie relacje i tak prawdopodobnie przekuwają się na “real”. O ile już nie zaczęliśmy żyć z wyszukiwania informacji, tworzenia stron WWW lub z pracy w “Second Life” albo z sieciowych usług.

Obawiam się tylko, że nie wszyscy załapią się na ten informacyjny pociąg do szczęścia i że łatwo może się on wykoleić. Dlatego na wszelki wypadek, działka pod dom na wsi już czeka… (być może ucieczka jest zbyteczna, i myślenie o asekuracyjnej działeczce to myślenie “realowe”, bo mając prosty sprzęt z peryferiów realnego świata mogę się wspiąć na wyżyny świata sieci; być może “real” i “niereal” można opisywać jako zbiory o wspólnej części, a my przeskakujemy pomiędzy “realem”, “wirtualem” i częścią wspólną obu).

Koniec nieskładnych refleksji.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.<!–

–>





Nowe internetowe narzędzia edukacyjnej wymiany i współpracy. Kultura edukacyjnego daru

14 08 2007
W HIPERbLOGu opublikowałem tekst “Nowe internetowe narzędzia edukacyjnej wymiany i współpracy. Kultura edukacyjnego daru”. Zachęcam do lektury i dzielenia się swoimi uwagami, jestem otwarty na dyskusję.

Informacja na temat tekstu (z HIPERbLOGa):

“Poniżej publikuję tekst, napisany na bazie referatu wygłoszonego podczas konferencji “Społeczne konteksty rozwoju internetu. Implikacje dla edukacji”, która odbyła się drugiego czerwca 2006 w Gdańsku. Pojawi się w książce pokonferencyjnej pod redakcją Damiana Muszyńskiego i moją, ale czekamy na książkę tak długo, że w obawie przed zupełną dezakualizacją treści zdecydowałem się na publikację na blogu. Być może wersja ostateczna będzie nieco inna, zatem proszę potraktować poniższą wersję jako szkic. Obecnie mam sporo uwag i napisałbym tekst inaczej, ale…”





Kultura uczestnictwa – w innym kontekście

17 07 2007

Pozostając w temacie kultury 2.0, czy kultury uczestnictwa, tworzonej “przez nas dla nas”, podzielę się informacją o zbliżającym się spotkaniu PR-owców, poświęconym tej tematyce właśnie – Rewolucja w Komunikacji: Seminarium “User Generated Content czy User Generated Crap?”. Tym razem o możliwościach internetu od nieco innej strony, acz wcale nie znaczy, że mniej ciekawej – będzie można posłuchać osób, które na codzień w życiu zawodowym mierzą się z możliwościami internetu, który z resztą jest niejako ich “środowiskiem pracy”.

Zachęcam do udziału i mam nadzieję – do zobaczenia 25 lipca w Warszawie! :-)

PS- dobre wieści są takie, że organizatorzy obiecali po spotkaniu zamieścić w sieci materiały audio, które oczywiście zlinkujemy ;-)








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.